Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

Make love, not war

O tym, czy rzeczywiście upór kobiet może zakończyć każdą wojnę, opowiada Jerzy Moszkowicz, reżyser spektaklu "Gromiwoja według Arystofanesa". Premiera już w najbliższą niedzielę - na nowej scenie Studia Aktorskiego STA.

.
Próby do spektaklu "Gromiwoja według Arystofanesa", fot. P. Buczyńska

Spektakl otwierający działalność nowej sceny często wyznacza jej dalszy kierunek. Z "Gromiwoją" też tak jest?

To pytanie do Łukasza Chrzuszcza, szefa STA, nie do mnie. Ale ten spektakl, tak myślę, wpisuje się w linię programową Studia. Nie odstajemy. To oczywiście ma związek z wieloma czynnikami, m.in. charakterystyką sceny i faktem że znaczącą większość studentów Studia stanowią kobiety. Młode.

Zdominowanie STA przez płeć piękną to chyba nie jedyny powód, dla którego sięgnął pan po komedię Arystofanesa?

Nie jedyny, acz istotny. Bo znalezienie tekstu, w którym można obsadzić aż siedem energicznych kobiet, nie jest takie proste. "Gromiwoja" jednak siedziała we mnie już od dawna. To mądra i przekonująca komedia, której przesłanie pozostaje na długo w pamięci. Tytułowa bohaterka namawia kobiety do specyficznego buntu, który doprowadza do zakończenia wojny.

Ważniejsza dla pana w "Gromiwoji" okazała się polityka czy może poruszony już wtedy przez Greka wątek feministyczny? Kobiety przecież, odmawiając mężczyznom "przywilejów małżeńskich", zatriumfowały...

Bardzo ważny jest dla mnie wątek pacyfistyczny, na który jestem szczególnie wrażliwy. Urodziłem się zaledwie 10 lat po zakończeniu II wojny światowej, w której mocno ucierpiała moja rodzina i pamiętam z dzieciństwa atmosferę zagrożenia, którą oczywiście podkręcał komunistyczny reżym, ten lęk przed następną wojną, towarzyszący nam w latach 60., a także i później. Po upadku muru berlińskiego wydawało się, że przynajmniej w Europie nastąpił "koniec historii", że wojna należy do przeszłości. A potem nastąpiło pasmo dramatycznych konfliktów na Bałkanach. Wspominam, jak jadąc przez Czechy, zobaczyłem klucze bombowców lecących na Belgrad. Już samo to było przerażające. Współczujemy Syryjczykom, Ukraińcom, mieszkańcom ogarniętych konfliktami krajów Afryki. A wojna niestety nadal ma się dobrze, zabiera istnienia ludzkie, odbiera możliwość dobrego i godnego życia. Nic więc dziwnego, że zadajemy sobie pytanie: czy jest jakaś siła, która może przerwać ten obłęd? O to samo pytał Arystofanes 2,5 tys. lat temu w regionie trawionym przez długotrwałe wojny peloponeskie. I odpowiadał, w zabawny jak to w komedii, ale przecież mający głęboki sens sposób, że tą siłą jest miłość. A że Grecy postrzegali człowieczeństwo jako jedność tego, co duchowe z tym co cielesne, nic więc dziwnego, że arystofanesowa miłość ma ewidentnie charakter zmysłowy.

W jednym z kluczowych momentów dramatu, kiedy kobiety spiskują przeciwko walczącym mężczyznom, Gromiwoja wzywa je do wyrzeczenia się... No właśnie, czego? W tłumaczeniu Janiny Ławińskiej-Tyszkowskiej, podobno najwierniej oddającym oryginał, mowa po prostu o "kutasie", ale w znacznie bardziej poetyckim przekładzie Edmunda Cięglewicza, którym się posługujemy, rzecz o wyrzeczeniu się miłości. Ta wykładnia pozwala pełniej spojrzeć na nasze człowieczeństwo.

Ponadto Cięglewicz przepiękne spolszczył antystrofy, które nazywa odśpiewami. Jedna z tych pieśni stała się kanwą spektaklu, powraca w nim w różnych kontekstach.

Czyli nie będzie wulgarnie?

Rzekłbym, że raczej nieco ludycznie i rubasznie, ale bez przesady. To, co zakryte w erotyce jest zawsze o wiele ciekawsze od tego co widać. Skandalu nie będzie.

Na co w tej opowieści znalazł pan jeszcze miejsce?

Przedstawienie ma nie tyle postać opowieści, co teatralnego posteru. To konwencja, która zakłada z góry pewnego rodzaju uproszczenia, a zarazem zabawę językiem teatru. W rezultacie mamy trochę baśń dla dorosłych czy przypowieść o charakterze scenicznego patchworku. Bawimy się teatrem. W "Gromiwoji" znalazło się wiele form. Jest dużo śpiewu i tańca, a nawet tak zwane "żywe słowo".

Wątek upadku kultury patriarchatu również pana nie zainteresował?

Miałem do dyspozycji tylko jednego aktora, więc w spektaklu będzie takim "nadmężczyzną". Wątek patriarchatu - który notabene w Lizystracie się nie kończy, a raczej "dogaduje" się z matriarchatem - ograniczyłem zatem do jednego... Janusza. Nasz spektakl to "Gromiwojna według Arystofanesa", więc ci którzy chcą poznać historię spisaną przez Greka, mogą się zdziwić. Z oryginału zostały tylko dwie i pół sceny. Trochę tekstu dopisałem też po pracy z aktorami. Ponadto... ale niech to co ponadto zostanie niespodzianką dla widzów.

Co pan zbuduje na scenie? Z antycznej konwencji zrezygnował pan już w momencie obsadzenia w spektaklu kobiet.

Scena jest malutka, to niemalże taki czarny pokój. A w nim pojawi się tylko jeden rekwizyt. W takim teatrze najważniejszy jest aktor, nic więcej nie jest potrzebne. Nie będzie przebieranek, żadnych prześcieradłowych tunik.

I będzie tak zupełnie bez zapożyczeń z antyku?

Będą odniesienia do chóru. Myślę sobie, że spektakl mógłby się też nazywać "Gromiwoje", bo mamy do czynienia z bohaterką zbiorową. Takie zbiorowe granie to ciężka próba dla aktorów.

A dla pana? Jak wyglądała praca z niemalże samymi kobietami?

Znakomicie. Jestem do tego przyzwyczajony. Dogadujemy się. A opowiadanie o tym, że piękne młode kobiety mogą powstrzymać zło, jest świetną rzeczą.

Wierzy pan w to?

Tak, wierzę. I piękne jest, że nie musi to mieć wcale uzasadnienia. Szczęśliwe zakończenie "Gromiwoji" to takie radosne wyznanie wiary. Gdybym się urodził w Ameryce, to pewnie byłbym hippisem. A ci mówili - "Make love, not war", czyli "Uprawiaj miłość, nie wojnę". Nasza zdesperowana bohaterka wpada na pomysł, że wojnę można powstrzymać, powstrzymując się od miłości z wojownikami. Tymi, których kobiety kochają i pragną. To taki paradoks: odmawiają miłości w imię miłości. Pragniemy zrobić o tym przedstawienie, które rozbawi, ale i poruszy. Może to zabrzmi górnolotnie, ale chciałbym, żeby widzowie wyszli z teatru z przekonaniem, że kochając się można zmieniać świat.

"Gromiwoja" to tytuł dla mężczyzn czy kobiet?

Dla wszystkich. Przesłanie, że zło można obrócić w dobro za pomocą miłości, to rzecz uniwersalna. A w alternatywnym świecie Gromiwoję mógłby zastąpić Gromiwój.

rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik

  • "Gromiwoja według Arystofanesa" na podstawie tłumaczenia Edmunda Cięglewicza
  • reżyseria: Jerzy Moszkowicz
  • obsada: studenci trzeciego roku STA, czyli Joanna Bręczewska, Monika Chudziak, Monika Krzewińska, Marika Liana, Jagoda Łukomska, Karolina Supron, Marta Szymczak, Jan Marcel Buczyński
  • Scena STA (ul. Ratajczaka 18)
  • premiera: 9.04, g. 17.03 
  • kolejne spektakle: 10.04, 18.33 i 20.33 oraz 28 i 30.04, g. 19.03
  • bilety: 30 i 20 zł
Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.